Do domu pani Wachickiej
„Do domu pani Wachickiej było zaledwie dwadzieścia kroków. Po przeciwległym chodniku, pod młodymi lipami, przechadzał się z brewiarzem jakiś ksiądz.
— A dlaczego pani Wachicka szukała schronienia u sąsiadów — pozornie bez zaciekawienia spytał Grossenberg.
— Mania prześladowcza, tortury imaginacji. Przyniósł jej wieczorem listonosz list ekspres i naraz coś w nim zobaczyła, czego w nim nigdy nie było. A toć jej krewni Bogusławscy po prostu zapraszali ją, by przyjechała odpocząć do ich majątku w Białostockiem. Nie! jej się wydawało, że co innego czyta między wierszami.
— A czy pan mecenas widział ten ekspres
— Widziałem. Nic w nim nie było. „Czekamy na ciebie od dawna, czemu nas nigdy nie odwiedzisz... Dobrze ci zrobi spokój na wsi... Mleko spod krowy... Spacery w lesie... Będziesz się kąpała w stawie, cośmy niedawno oczyścili z rzęsy..." i tak dalej. „Twoi Tolkowie"... — opowiadał Powścinowski idąc i postukując laską o chodnik. — Ja wszystko, co robię, robię akuratnie. Jeżeli pokazują mi list do czytania, to patrzę nawet na datę. Ale ją, proszę zobaczyć, nastraszył dopisek post scriptum „Tylko nie jedź nocnym pociągiem, bo teraz jest doskonałe połączenie dzienne". Co w tym takiego Nie! proszę zobaczyć, jej się wydało, że nocny pociąg to coś znaczy. Że coś nocą ma się stać. Trzymała się, trzymała w garści, aż około pierwszej po północy, nie zdążywszy się nawet ubrać, wybiegła i zaczęła dobijać się, ot tu! — Powścinowski zwolnił kroczku i końcem sęczastej lachy wskazał niepozorne domisko pod blaszanym łatanym dachem i zaledwie o trzech wąskich okienkach, z których dolatywał płacz i chlipanie jakiegoś berbecia. — Tu mieszka meblarz, co gdzieś W górach kalwaryjskich miał przedtem swój warsztat, a teraz przeniósł się do nas, bo w Częstochowie to bliżej Pana Boga. Trochę dorobkiewicz. Pani Wachicka znała go tylko z widzenia... To, proszę zobaczyć, nie potrafiła nawet dobiec do mnie, a poczęła dobijać się i dzwonić do niego. Meblarza aż w zimne poty rzuciło, bo to człowieczyna ostrożny, państwowy, gładki, a tu ona mu mówi, że... że jej kucharka jest przez kogoś przekupiona, może przez same władze, no i że dziś w nocy na pewno się coś stanie. Tylko że nie powiedziała, co. Bał się więc ją wpuścić i drzwi przed nosem przymykał. Ale meblarzowa, jak to kobieta, trochę bystrzejsza od męża, wyw^chała, że to chyba choroba, i zrazu skropiła ją święconą wodą, a potem przyniosła walerianę i wpuściła do swej jadalni. Tam biedaczka przesiedziała, aż świt zajaśniał... — Powścinowśki westchnął. — No, ale przyszliśmy. Teraz znowu bieda będzie z tym, żeby się dopukać. Ta kucharka raz słyszy, a raz nie, aż się płakać chce. Można do niej jak dziad do obrazu, a ona tylko mruga. Mówi, że ma kleszcza w uchu...“(3)
<<<< Tymczasem bombowce niemieckie
| Nim skończył pracę przy >>>>